| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    



© Archiwum Ryszarda Matuszewskiego
Warszawa 2009-2017
http://ryszardmatuszewski.blox.pl
All rights reserved



Administracja strony:
Mariusz Kubik

e-mail


































































* * *

Materiały (w szczególności: zdjęcia, teksty, multimedia, elementy grafiki) zawarte na niniejszej stronie i jej podstronach chronione są prawem autorskim (na mocy: Dz. U. 1994 nr 24 poz. 83, Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Wykorzystywanie ich w innych serwisach internetowych, na blogach itp. wymaga zgody. Dotyczy to przede wszystkim materiałów pochodzących od osób trzecich (np. zdjęć z Agencji Fotograficznych).


statystyka


środa, 12 maja 2010
Ryszard Matuszewski: Marzenia o sławie (Wspomnienie o Janie Kotcie, 2002) (cz. I)

.

Ostatnią z rozmów przeprowadzonych - niespełna dwa miesiące przed śmiercią - z Anną Krajewską-Wieczorek Janek Kott zaczyna od wyznania, że już jako cztero- czy pięcioletnie dziecko chciał być sławny. Jeszcze nie wiedział jak ani w jakiej dziedzinie, ani co to właściwie znaczy, ale ta ambicja, to jakieś nieokreślone pragnienie sławy już go nurtowało.

Czy takie rzekome wspomnienie osiemdziesięciosiedmioletniego człowieka z wczesnego dzieciństwa to rzeczywiście funkcja pamięci, z którą mój przyjaciel - jak sam wciąż w swym „Przyczynku do biografii” napomyka - miał ustawiczne kłopoty, czy raczej funkcja do końca pracującej, do końca ruchliwej wyobraźni - naprawdę trudno orzec.

Jeżeli nawet nosił tę buławę sławy w swoim szkolnym tornistrze, to muszę powiedzieć, że w pierwszych latach naszej przyjaźni, latach dojrzewania, ambicje Janka nie wyradzały się bynajmniej - jak to przecież często bywa z ludźmi przez nadmiar ambicji pożeranymi ? w żaden, ciążący na obcowaniu z nim, rodzaj wywyższania się czy wyosabniania. Wręcz przeciwnie. Mało zdarzyło mi się poznać w życiu ludzi bardziej poszukujących przyjaźni, równie łatwo nawiązujących bliskie, koleżeńskie kontakty. Określiłbym Janka nawet jako typ organizatora przyjaznych związków między ludźmi, czy było to wspólne redagowanie szkolnych pisemek, czy - później - różne inicjatywy współdziałania w życiu intelektualnym i artystycznym naszych lat studenckich. Był otwarty na ludzi, pozbawiony jakichkolwiek skłonności do zawiści. Jego niepamiętliwość - w przeciwstawieniu do zajadłej pamiętliwości tych, co mu do końca nie mogli wybaczyć życiowych pomyłek - jest czymś zdumiewającym.

Oczywiście ta niekiedy naiwna dobroduszność i towarzyskość Janka jego osobistym ambicjom nie zaprzeczała. Po wydaniu przez nas trzech, Janka, mnie i Włodka Pietrzaka, wspólnego debiutanckiego zbiorku wierszy (żaden z nas nie miał jeszcze ukończonych lat dwudziestu), właśnie Janek był inicjatorem naszych pierwszych wizyt u głośnych poetów, jak Tuwim czy Słonimski, potrafił też zaskoczyć nas buńczucznym oświadczeniem, iż właściwie nie widzi przeszkód, byśmy kiedyś osiągnęli w literaturze podobną pozycję co ówcześni luminarze polskiego Parnasu. Zgadzałoby się to z owym dziecinnym marzeniem o sławie, które - jak na to wskazują jego późniejsze osiągnięcia - umacniało się w miarę lat.

I właściwie dopiero kiedy dziś zastanawiam się, jak doszło do tego, że po czterech latach hitlerowskiej okupacji, czasie absolutnej niestabilności życia i codziennych zagrożeń, Janek wkroczył w okres powojenny z gotowym tomem szkiców literackich, właśnie w owych trudnych i niebezpiecznych latach napisanych, dochodzę do uświadomienia sobie, jakie bodźce już skrystalizowanych ambicji nim wtedy kierowały. Jak bardzo miał już pewność, że będzie - nie! - że już jest pisarzem.

Na obozie w Szczawnicy (1930 r.). Czwarty Zdzisław Jeziorański, piąty - Ryszard Matuszewski, ostatni - Janek Kott
© Fot. Archiwum Ryszarda Matuszewskiego

19:57, ryszardmatuszewski , VARIA
Link Dodaj komentarz »
Ryszard Matuszewski: Marzenia o sławie (Wspomnienie o Janie Kotcie, 2002) (cz. II)

Tom nosił tytuł „Mitologia i realizm” i trzeba stwierdzić, że mało która z wówczas wydanych tuż powojennych książek nabrała takiego rozgłosu, wywołała tyle polemik. Składała się z pięciu esejów. Pierwszy – „Przed końcem świata” - był refleksją z lektury Tacyta. Trudno o wybór bardziej znaczący. "Kiedy Tacyt kończył dzieje obłąkanych cezarów, św. Jan na wyspie Patmos wieścił czterech jeźdźców Apokalipsy" - pisał Kott, podkreślając, że te „dwa największe eschatologiczne dzieła starożytności powstały w tym samym czasie”. Po czym, zestawiając Tacyta z poprzednimi dziejopisami Rzymu, Cezarem i Liwiuszem, stwierdzał: „Groźna jest lektura Tacyta i biada epoce, dla której staje się on pisarzem współczesnym [...]. Dał wyraz czasom pogardy i spodlenia, w których przeglądać się mogą i odnajdywać następne epoki, zbyt już wewnętrznie porażone, aby same sobie mogły wystawić świadectwo”.

Czytając Tacyta i pisząc o nim w latach Zagłady i największego stężenia systemów totalitarnych XX-wiecznej Europy, Kott precyzyjnie określał perspektywę, z której obserwował i oceniał własną współczesność. Ale dodatkowej wymowy nabiera to jego uczulenie na współczesność, kiedy czytamy napisany blisko pół wieku później Przyczynek do biografii. Kiedy opisuje, jak - wracając z biblioteki uniwersyteckiej z brulionem rozpoczętego szkicu o Tacycie - został zatrzymany przez patrol niemiecki. W opisie Janka jego bezradne tłumaczenie żandarmom, że to „Germania, Tacitus, Deutsche, Deutsche”, nabiera nieoczekiwanych cech groteski. Ale wszyscy, którzyśmy tamten czas przeżyli, wiemy, że o tym przeżyciu zawsze decydował łut szczęścia i że ten łut szczęścia miewał bardzo często ów nieoczekiwanie groteskowy wymiar.

Fotografia maturalna klasy VIII a - Gimnazjum im. Adama Mickiewicza w Warszawie (czerwiec 1932 r.). Ryszard Matuszewski - trzeci od lewej w pierwszym rzędzie od góry, obok niego (drugi od lewej) - Jan Kott. Zdzisław Jeziorański - w drugim rzędzie od góry, trzeci od lewej (pod portretem Ignacego Mościckiego)
© Fot. Archiwum Ryszarda Matuszewskiego

Następne szkice Janka, zawarte w „Mitologii i realizmie”, nie przypadkiem koncentrowały się głównie na wybranych autorach i zjawiskach z zakresu literatury francuskiej. Poszerzenie znajomości tej literatury umożliwiło Kottowi m.in. roczne stypendium rządu francuskiego, które uzyskał w 1938 roku dzięki błyskotliwie zdanemu egzaminowi w Instytucie Francuskim w Warszawie, u prof. Fabre'a. Nie wydaje się jednak, by pociągała go kariera uczonego romanisty. W pisarstwie francuskim nie tylko nasza generacja, ale i kilka pokoleń od nas starszych odnajdowało coś w rodzaju wzorca dokonujących się w światowej literaturze przemian, Anglicy i Amerykanie przyszli później. Poważny bodziec i ułatwienie tej naszej recepcji literatury francuskiej stanowił oczywiście szeroko zaprogramowany i świadomie ukierunkowany dorobek translatorski Boya i Kott Boyowi wiele zawdzięczał. A jednak w strefie interpretacji trudno w nim widzieć kontynuatora Boya. Z Boyowskiego kanonu klasyków Kott wybrał jako przedmiot swoich rozważań w Mitologii i realizmie tylko Stendhala. Zjawiska literackie, które brał na warsztat, interesowały go już bowiem wtedy z nieco innego punktu widzenia. Motto, które otwiera „Mitologię i realizm”, jest mottem z Marksa.

Szukający w latach okupacji odpowiedzi na nurtujące go pytania o ład historii, ukazującej nam wówczas jedynie wykrzywione oblicze tryumfu zbrodni i chaosu, Kott nie był bynajmniej odosobniony w swoich nadziejach, wiązanych z materializmem historycznym. Dopatrywanie się w procesie literackim faz odpowiadających procesowi rozwoju ekonomicznego i społecznego, wydawało się kuszącą metodą wyjaśniania zjawisk. Nie tylko kuszącą: także otwierającą szerokie perspektywy myślenia swobodnego i niezależnego. Pisząc o Stendhalu, Kott widzi jego wielkość zarówno w wierności tradycji kartezjańskiej („człowiek jest to substancja, której istotę stanowi myślenie”), jak w roli analityka wielkich namiętności, które były rysem dominującym nie tylko u Stendhalowskich bohaterów, ale i u samego Stendhala, nieodrodnego syna burzliwej epoki, w której żył. To z analizy dzieła Stendhala i jego bohaterów bierze początek akcentowana przez Kotta wręcz uporczywie wizja "wielkiego realizmu", nie stroniącego od "wyolbrzymień i uproszczeń". "Wielcy realiści - pisał - nie wstydzili się wyrażać własnych namiętności, przekonań i sądów. Wielki realizm nie jest sprzeczny z gniewem, buntem i pogardą. Nie lęka się sądu epoki, ale sam ją sądzi. I dlatego stwarza bohaterów. Mały realizm nie rozumie historii i nie umie odczytać jej z czynów ludzkich. Niemoc swą okrywa fałszywym dogmatem o bezstronności artysty".

Analiza "przygody duchowej" nadrealizmu i "dramatu pozorów" w twórczości André Gide'a to dobitny przykład tego, jak Janek umiał wykorzystać inspiracje Lukácsowskie. Awangardowe ruchy artystyczne lat międzywojennych, które tak fascynowały go jeszcze w czasie przedwojennego pobytu we Francji, teraz wyrażały dla niego przede wszystkim niewiarę w możność, sens i pożytek racjonalnego poznania. Twórczość André Gide'a uważał za kliniczny przykład agonii "myśli mieszczańskiej" i dowód, że model psychiki człowieka złożonej ze sprzecznych i zmiennych elementów, człowieka „wyswobodzonego z więzów społecznych”, jest modelem z gruntu fałszywym i nie odpowiadającym rzeczywistości.

Przykłady krytycznych analiz Kotta, zwłaszcza przykład Gide'a, wybrane były trafnie, ale uogólnienia z nich wywiedzione nie wszystkich przekonywały. Artur Sandauer, najuporczywszy wówczas antagonista Kotta, krytyk, dla którego żywioł polemiki stanowił bez wątpienia główną siłę napędową, w sporach z nim często trafiał w sedno, choć przeciwnikowi swemu wiele zawdzięczał, nawet tytuł własnych felietonów w "Odrodzeniu". Kott pisywał swoje pod tytułem Po prostu, Sandauer swoim ripostom nadał tytuł Zawile. Jako konsekwentny miłośnik poezji i prozy awangardowej, odbiegającej od postulowanych wówczas przez Kotta reguł realizmu, zarzucał mu, że jego konstrukcja „raju realistycznego” w literaturze ma „jak piekło dantejskie - formę lejka, zbudowanego w czasie. Z tyłu - od strony przeszłości - jest szerokie wejście: tamtędy wchodzi różne szesnasto-, siedemnasto- i osiemnastowieczne wesołe bractwo, fantaści, absurdaliści, groteskowcy, w ogóle wszyscy, których by się chciało mieć w towarzystwie. A z przodu ? od strony teraźniejszości ? jest mała furtka [...] i tamtędy wchodzi tylko Malraux, i to za okazaniem przepustki”.

19:49, ryszardmatuszewski , VARIA
Link Dodaj komentarz »
Ryszard Matuszewski: Marzenia o sławie (Wspomnienie o Janie Kotcie, 2002) (cz. III)

Malraux był pozytywnym bohaterem szkicu "O laickim tragizmie", ostatniego w zbiorze "Mitologia i realizm". Bohaterem potraktowanym krytycznie był Conrad. Szkic "O laickim tragizmie" pisał Janek w ostatnim roku okupacji, w trakcie ustawicznych, przymusowych przeprowadzek. W "Przyczynku do biografii pisze": „...wyprowadzić się od pani Majewskiej znaczyło nie tylko szukanie nowego schronienia, ale co najmniej na tygodnie zaprzestanie pisania. A właśnie wtedy bardzo dobrze mi się pisało. Zaczynałem właśnie esej o Malraux i Conradzie”.

Żaden esej Janka nie spowodował tak nobilitującej go, choć zarazem bezwzględnie podważającej jego sądy krytycznej reakcji, jak szkic „O laickim tragizmie”. Polemikę z nim podjęła w 1946 roku sama Maria Dąbrowska. Zacieśnienie przez Janka Conradowskiego pojmowania wierności do moralnego nakazu lojalności wobec kapitalistycznych armatorów oraz przeciwstawienie go wierności idei rewolucji u Malraux wzburzyło autorkę Nocy i dni. „Na szczęście nie potrzebuję dowodzić - pisała Dąbrowska - że Conrad nie zachwyca się światem przedsiębiorców i armatorów okrętowych, skoro Jan Kott sam stwierdza, że to jest świat, którym Conrad pogardza [...]. «Wymierzanie sprawiedliwości», i to surowej, często bezlitosnej, światu «interesów materialnych », rozumianych właśnie jako interesy zysku i wyzysku, co więcej - światu imperialistycznemu ze zbrodniczością jego np. polityki kolonialnej [...], przepełnia karty wielu dzieł Conrada i przeoczyć to może tylko ten, kto nie chce tego dostrzec. Lub ten, kto nie uznaje innego potępienia krzywdy, wyzysku i niewoli, jak w imię wyznawanej przez siebie doktryny”.

Z Janem Kottem (1914-2001), w Stawisku (1979 r.)
© Fot. Irena Szymańska / Archiwum Ryszarda Matuszewskiego

Obawie przed interwencją cenzury przypisać należy zapewne pominięcie przez Dąbrowską dla wszystkich wówczas oczywistego podtekstu szkicu Kotta. Sam on pisał o tym po latach w Przyczynku do biografii, choć - pomijając całkowicie polemikę Dąbrowskiej - autoocenę własnego szkicu O laickim tragizmie przeprowadzał na marginesie innej, jeszcze okupacyjnej dyskusji: dotyczyła ona opowiadania Andrzejewskiego Przed sądem i odbyła się u mnie w domu, na Żoliborzu, z udziałem Miłosza, Jastruna, Janka, Władka Bieńkowskiego, Stefana Żółkiewskiego i - oczywiście - moim.

„W tej mrocznej opowieści - charakteryzował Kott opowiadanie Andrzejewskiego - błąkały się chyba jeszcze jakieś cienie Bernanosa. Kiedy Jerzy skończył, zaczęła się gwałtowna dyskusja. Pierwszy zaatakował Andrzejewskiego Bieńkowski i rzucił mu w oczy, że w zamaskowany sposób usprawiedliwia zdradę. Nastąpił wyraźny podział. Andrzejewskiego bronił Miłosz. Stefan, Mieczysław [Jastrun] i potem ja mówiliśmy o sądzie historii, która decyduje [...]. W tej namiętnej dyskusji ani razu [...] nie padły słowa: «Armia Krajowa». I dopiero późno w nocy, kiedy nie mogłem zasnąć, zdałem sobie sprawę, że przecież o nią szło. O obronę albo o potępienie wierności w klęsce. Za parę tygodni było powstanie...”.

Tu Janek, jak zwykle gdy chodzi o chronologię, myli się najjaskrawiej. Dyskusja o opowiadaniu Andrzejewskiego odbyła się wiosną roku 1942, Janek zaś pisze: "Zdążyłem jeszcze skończyć rozdział o Conradzie i wierności aż do końca kapitanów tonących okrętów, którego jeszcze w wiele lat po wojnie nie mogli mi darować nie tylko wrogowie, ale i przyjaciele". Oczywiście Janek mylnie wiąże powstałe w roku 1941 opowiadanie „Przed sądem” z problemem AK. Chodziło tam po prostu o psychologiczny problem zdrady przyjaciela z lęku przed samotną śmiercią, zdrady, której bohaterowi nie wybaczyłaby żadna organizacja konspiracyjna, i traf chciał, że atakowali za nie Andrzejewskiego właśnie PPR-owcy. Natomiast Conrad był rzeczywiście jednym z najpilniej czytanych autorów w latach okupacji i atak na jego pojmowanie wierności, także wierności przegranej sprawie, odczytywano po wojnie, kiedy szkic „O laickim tragizmie” się ukazał, jako wyraźną polemikę z etosem AK-owców.

Na tej samej stronie, na której Janek pisze o dyskusji nad opowiadaniem Andrzejewskiego, odnajduję - właśnie w kontekście opisanego tam naszego spotkania - zdanie: „Różnice ideowe nie były jeszcze wtedy tak bardzo ostre i różne przynależności nie rozrywały przyjaźni i wzajemnego zaufania między przyjaciółmi, szczególnie w tym środowisku, na poły literackim. Rysiek zresztą nie brał mego komunizowania poważnie, a Maryna [Zagórska] wręcz się z niego śmiała”.

Tu - przynajmniej jeśli chodzi o mnie - Janek się nie myli. Przez długi czas nie traktowałem poważnie ani jego zaangażowania w działalność PPR, ani jego uprzednich fascynacji Maritainem i postępowym nurtem katolicyzmu. Nie byłem w tym odosobniony: sam Janek cytuje w „Przyczynku...” fraszkę o sobie, pióra Włodzia Słobodnika:

Pójdzie na prawo: istny Mauriac,

Katolicyzmu zgłębia dno;

Pójdzie na lewo: Marks, historia,

I materializm, i Malraux.

Pod tym względem bardzo podobny był do Janka Jerzy Andrzejewski i może dlatego w latach naszych zbliżeń z czasu okupacji ten wybitny pisarz tak bez oporu ulegał politycznym sugestiom Janka. Zmienił np. całkowicie pierwotną koncepcję opowiadania „Wielki Tydzień”. Tylko Jarosław Iwaszkiewicz odnotował w swoich zapiskach wrażenia (krytyczne zresztą) z pierwszej, okupacyjnej wersji tego utworu. Żaden egzemplarz tej wersji, moim zdaniem o wiele lepszej, ograniczonej wyłącznie do problematyki moralno-psychologicznej, nie ocalał. Po wojnie, w tomie „Noc”, utrwalona została przez Andrzejewskiego wersja poprawiona według ówczesnych sugestii Kotta: wprowadzała porozdzielane bohaterom różne racje polityczne i ukazywała "poprawny klasowo" przekrój społeczeństwa.

Początek swego ulegania „pokusie uniwersalnego systemu i uniwersalnej metody” Janek odnosi w „Przyczynku do biografii” - do połowy lat trzydziestych i wiąże z zaangażowaniem w teoretyczne dyskusje ówczesnego Koła Polonistów UW. „Byłem zawsze bardzo głodny wielkich teorii, fakty interesowały mnie o wiele mniej” - wyznaje i to się wyraźnie sprawdza w lekturze splątanych wątków jego wspomnień. Sam przyznaje, że jego „gusta literackie były jednak lepsze od wyborów politycznych”. Pamiętam doskonale moment, kiedy - zamieszkawszy u mnie po przyjeździe ze Lwowa pod koniec 1941 roku - bawił mnie przez kilka tygodni dowcipnymi i sarkastycznymi opowieściami o sowieckiej okupacji we Lwowie. Potem wybrał się na Tarczyńską do Żółkiewskiego i po powrocie oświadczył z całą powagą, że wstępuje do PPR. Zrobił to w czasie, w którym nie sposób było dopatrywać się w tym elementu kalkulacji. Nikt jeszcze nie przypuszczał, że zachodnie mocarstwa skażą nas na zależność od ZSRR. Wybór Janka miał czysto doktrynalny charakter. Nie mógł się tłumaczyć nawet tym, że nie wiedział lub nie rozumiał sensu procesów moskiewskich i paktu Ribbentrop-Mołotow.

W „Przyczynku do biografii” Janek pisze o długotrwałych trudnościach, z jakimi musiał się borykać jeszcze po kilkunastu latach pobytu w USA, by uzyskać amerykańskie obywatelstwo. „L. i dzieci dostały [je] wcześniej, ale moje starania spotykała ciągle odmowa. Powodem była oczywiście przynależność do Partii. «Nasze przepisy uwzględniają różnego rodzaju okoliczności » - tłumaczył mu amerykański urzędnik - jeżeli ktoś wstąpił do komunistycznej partii, żeby ratować życie, to jest to okoliczność usprawiedliwiająca i nie ma przeszkód, żeby mu przyznać obywatelstwo. Jeżeli ktoś wstąpił do tego rodzaju organizacji, żeby ratować życie swojej najbliższej rodziny, to jest to także okoliczność łagodząca. Jeżeli - popatrzył na mnie bystro [...] - ktoś został członkiem wywrotowej partii, żeby sobie ułatwić życie i dla oczywistych korzyści materialnych, to [...] nie jest to może w kategoriach moralnych postępek godny pochwały, ale wszyscy jesteśmy tylko ludźmi... Ale pan - spojrzał na mnie już bez uśmiechu - wstąpił do nielegalnej komunistycznej partii [...] w Warszawie w czasie wojny, kiedy groziła za to kara śmierci. Na to już nie ma usprawiedliwienia. Pan jest hardcore komunistą”.

19:47, ryszardmatuszewski , VARIA
Link Dodaj komentarz »
Ryszard Matuszewski: Marzenia o sławie (Wspomnienie o Janie Kotcie, 2002) (cz. IV)

W swoich wspomnieniach z pierwszych lat po wojnie, kiedy współtworzył „Kuźnicę” i kiedy z pełnią dobrej wiary pisał broszury „O społecznym awansie i o wydobyciu węgla” (Węgiel - tego tekstu gratulował mu osobiście Hilary Minc), Janek nie oszczędza siebie. Nie wiem, czy ktoś inny potrafiłby - nawet po latach - zdobyć się na skreślenie takiej sceny jak ta, która rozegrała się między nim a jego żoną Lidką wiosną 1945 roku w Hotelu Francuskim w Krakowie: „L. powiedziała zaraz na wstępie, niemal zanim weszła do pokoju [...]: «Stalin jest mordercą ». «Wyjdź! - powiedziałem. Przy mnie nie będziesz takich rzeczy mówić ». Wyszła. Wróciła dopiero po roku albo może nawet po roku z okładem [...]. L. nie zmieniła zdania. Ani ja. Jeszcze bardziej w powojennej euforii i w partyjnej wściekliźnie. «Trzy razy tak! ». I niech AK się ujawni albo zostanie zgnieciona. Zacząłem mieć gorączki. Chyba z płuc. L. nie złagodniała, ale wróciła. Powinienem już wtedy wszystko wiedzieć. Ale co to znaczy wszystko? I trzeba jeszcze chcieć wiedzieć. Ten rodzaj wiedzy, to wiedzenie nie jest nigdy czyste, zwłaszcza wtedy nie było czyste, zmącone przecież nie tylko strachem, ale i pasjami, a w tych pasjach była wtedy chyba po równi nienawiść i nadzieja. Jeszcze chyba do końca nie starta”.

A jednak nawet wtedy nie traktowałem ówczesnych pasji politycznych Janka zbyt serio. Zespół „Kuźnicy”, do której też wtedy zacząłem pisać, to był jednak dla mnie - poza paroma wyjątkami - zespół ludzi nie tylko przyjaznych, ale raczej łagodnych. Stefan Żółkiewski jowialnie grzmiał, pisał zakalcowate kolubryny („Jak to się dzieje, że ty lepiej piszesz, niż myślisz? A ja odwrotnie!” - pytał Janka), ale każdy, kto go znał, i to jeszcze z Koła Polonistów w latach przedwojennych, wiedział, że w praktyce pomagał, komu tylko mógł. Zofia Nałkowska w „Dziennikach” zarzucała mu wtedy „obojętność na wartości literackie, sztywność ocen i doktrynerstwo”. Jeszcze krytyczniej odniosła się Nałkowska do Kotta, wystawiając mu zarówno w dzienniku z lat okupacji, jak powojennych opinię wręcz miażdżącą: „Zbliżają nas zainteresowania i smaki estetyczne. Ale obraża mię jego całkowita niemoralność, gdy właśnie moralność głosi w piśmie i nią gnębi, i terroryzuje innych. Pewność swej jakiejkolwiek i każdorazowej słuszności, przymilność i zarazem arogancja. Zadowolenie z siebie, doskonałe bawienie się mnóstwem swych nie tylko taktycznych błędów, ale niesprawiedliwości i głupstw. Zupełna nieodpowiedzialność”. Zastanawiające, że ten wyraźnie niechętny, choć z psychologiczną wnikliwością demaskujący słabostki Janka, sąd formułuje pisarka aprobująca polityczne założenia ustrojowe Polski pojałtańskiej, więcej, nie stroniąca od przyjmowania oficjalnych honorów i stanowisk, które władze jej proponowały.

O wiele przychylniej odnosi się na ogół do Janka Maria Dąbrowska, choć to ona polemizowała z nim w sprawie naprawdę ważnej. Pod datą 27 VI 1950, opisując warszawski Zjazd Literatów, notuje, że to właśnie Kott ujął się za nią jako „zasłużoną starszą pisarką klepaną po ramieniu przez gówniarzy”. Życzliwie też na ogół referuje późniejsze spotkania Janka z nią i Anną Kowalską.

Najistotniejsze wydaje mi się to, że Janek nigdy nie był dla nikogo, w kręgu tych, co go znali, kimś obojętnym. Gdy myślę o „Kuźnicy”, widzę Mietka Jastruna, który - jak przypomina Janek - obrażał się na najlżejszy nawet cień krytyki swoich wierszy, ale kiedy po pierwszych powojennych antysemickich pogromach ogłosił pamiętny tekst o „Potędze ciemnoty”, nikt z ludzi przyzwoitych nie mógł wątpić, że racja jest po jego stronie. Charakter wykazywał też, drukując Borysa Pasternaka i Achmatową, gdy ich najostrzej atakowano w Moskwie. Groźny wydawał mi się do pewnego czasu tylko Ważyk. Jego atak na Gałczyńskiego ("ukręcić łeb mieszczańskiemu kanarkowi!”) był sygnałem estetycznego terroru o krótkotrwałych - na szczęście - konsekwencjach. „Terroretykiem” nazywaliśmy Ważyka (dla nas Ważunia) z jego słynnym naganem jeszcze w czasach lubelskich. Potem była „Mądrość Stalina - rzeka głęboka!”, ale i na Ważyka przyszła kryska. Skarcony przez wiernych, lecz niezbyt mu życzliwych towarzyszy naganą partyjną za „dygnitarstwo” i zdjęty z funkcji redaktora „Twórczości”, którą prowadził w najgorszym czasie 1950-54, lecz i wówczas chyba z przesadną gorliwością, zrobił nagły zwrot o 180 stopni. Ogłosił sensacyjny „Poemat dla dorosłych”, po czym stwierdził, że w latach stalinowskich po prostu zwariował.

Paweł Hertz wiedział wszystko i nie krył niczego nawet wtedy, kiedy na początku roku 1947 zapisywał się do PPR. Miał za sobą doświadczenie rąbania drzew na Uralu i gdyby przyszło mu po latach ubiegać się, jak Janek, o amerykańskie obywatelstwo (wiem, że to casus irrealis), urzędnik do spraw imigracji potraktowałby go z pewnością z o wiele większym zrozumieniem niż Janka. Adolf Rudnicki, którego najświetniejsze opowiadania, zaraz po wojnie drukowane w „Kuźnicy”, budziły nasz zgodny podziw, miał katastroficzną świadomość, kiedy powiedział do Janka: „Kopiemy sobie wszyscy grób”. „Zapadło mi to powiedzenie Adolfa - pisał Janek - w jakąś niepamięć, chyba obronną, i wróciło dopiero po latach. Nie rozumiałem, co przez to chciał powiedzieć. Ale Adolf miał jakąś inną od nas wszystkich czułość i inne sumienie, może dlatego, że ciągle był jeszcze pogrążony w zagładzie swojego narodu. Nawet nie bardzo wtedy zdawałem sobie wtedy sprawę, że kopiemy grób innym, i to coraz zacieklej” („Przyczynek do biografii”).

Dla Janka pierwszym szokiem, który go otrzeźwił i wytrącił z dobrego samopoczucia i ślepej wiary pierwszych lat powojennych było zderzenie z generacją młodszych, znacznie bardziej wtedy sfanatyzowanych następców. W roku 1948 nadszedł moment, kiedy kierownictwo partii zaczęło umiejętnie podsycać i przebiegle rozgrywać te pokoleniowe antagonizmy, zawsze jednak akcentując, że nie o żadną walkę pokoleń chodzi, ale o jedynie słuszną partyjną linię. Janka - jak zwykle - uratował przede wszystkim niezawodny smak literacki. Na socrealizm nabrać się nie dał: wyczuł, że to moment zwrotny. Jak pisze w „Przyczynku...”, na katedrę romanistyki we Wrocławiu trafił dlatego, że go partia przesunęła na "boczny tor" z uwagi na jego okupacyjne powiązania z krajowymi działaczami PPR, oskarżanymi wtedy o „prawicowe odchylenie”. Możliwe, że tak było, bez wątpienia natomiast zainteresowanie "szkołą klasyków" i francuskimi encyklopedystami było dobrym azylem w okresie urzędowego lansowania produkcyjniaków. Drogi nasze wyraźnie zaczęły się wtedy rozchodzić. Podczas gdy ja starałem się przystosować do sytuacji, on - zwłaszcza w okresie "odwilży" - zaczął coraz ostrzej się buntować. Kiedy po październiku 1956 mnie przez dłuższy czas jeszcze wydawało się, że - w porównaniu z okresem stalinowskim - jest zdecydowanie lepiej, on już wyzbył się wszelkich złudzeń. Oddał legitymację partyjną późną jesienią 1957 roku, kiedy Gomułka wstrzymał publikację pierwszego numeru pisma „Europa”, w którego redakcyjnym zespole znalazło się również kilku byłych „Kuźniczan” (obok Kotta - Hertz, Żuławski, Jastrun, Ważyk).

W tym samym mniej więcej czasie - jak wyznaje w „Przyczynku do biografii” - nawiązuje kontakt, bynajmniej nie tylko sentymentalny, z dawnym kolegą szkolnym, a wówczas dyrektorem polskiej rozgłośni RWE - Nowakiem-Jeziorańskim. Wspomnienia Nowaka fakt ten potwierdzają.

„Informowałem go - pisze Kott w „Przyczynku...” - najdokładniej jak umiałem, o sytuacji w Partii. Nie potrafię nawet teraz dokładnie powiedzieć, dlaczego to robiłem. Na pewno pociągała mnie gra, ryzyko i nowa zabawa w konspirację [...]. Od Nowaka dzieliła mnie polityczna przeszłość i widzenie przyszłości. Byłem jeszcze długo po innej stronie. Zdawałem sobie jednak jasno sprawę, że w grozie nadchodzenia Moczara i coraz bardziej zaciskającej się obroży, w tym podziale na «oni » i naród, RWE jest sojusznikiem i oparciem”. Na początku lat sześćdziesiątych był już autorem książki, która miała mu przynieść sławę światową. Może była to rzeczywiście realizacja marzeń z najwcześniejszego dzieciństwa? Wystawiająca mu tak złe cenzurki Zofia Nałkowska byłaby może zdziwiona, gdyby mogła zobaczyć półkę z przekładami „Szekspira współczesnego” i przeczytać pełne podziwu i uznania oceny w prasie światowej. Milowy krok od studenckich początków i ambitnego startu w złych czasach został dokonany, Rubikon sławy - przekroczony.

Peter Brook w przedmowie do angielskiego wydania książki Kotta pisał: „Kott jest z pewnością jedynym badaczem epoki elżbietańskiej, który przyjmuje jako rzecz najzupełniej oczywistą, że każdego z czytelników wyrwała kiedyś ze snu w środku nocy policja [...]. Przypadek Kotta uświadamia nam, jaką rzadkością jest uczony badacz lub komentator, który by kiedykolwiek doświadczył tego, co opisuje [...].Szekspir jest współczesnym Kotta, Kott jest współczesnym Szekspira - mówi o nim po prostu, z pierwszej ręki [...]. W naszych czasach Polska znalazła się najbliżej gorączki, niebezpieczeństwa, intensywności, fantazji i codziennego zaangażowania w procesy społeczne, a to właśnie sprawiało, że życie człowieka epoki elżbietańskiej było tak straszliwe, wyrafinowane i fascynujące. Nic więc dziwnego, że to Polak wskazuje nam drogę”.

Czytając te słowa, warto się może zastanowić, czy wielki tryumf Kotta jako pisarza byłby możliwy bez uprzednich lat trudnych i gorzkich, bez pomyłek i potknięć? Bez ryzyka, które podejmował przez całe życie? I bez śmiesznego, dziecinnego marzenia o sławie?

RYSZARD MATUSZEWSKI

Irena Szymańska z Janem Kottem w Stawisku - Podkowa Leśna, 1979 r.
© Fot. Ryszard Matuszewski

19:43, ryszardmatuszewski , VARIA
Link Dodaj komentarz »
Jan Nowak-Jeziorański: Szkolna przyjaźń – wspomnienie o Janku Kotcie i piątce przyjaciół z Mickiewicza (2002)

Lata szkolne. Na fotografii od lewej pięciu przyjaciół z jednej klasy Gimnazjum im. Adama Mickiewicza w Warszawie: Od lewej stoją: Jan Kwiatkowski (syn ministra Eugeniusza Kwiatkowskiego), Zdzisław Jeziorański, Jerzy Lenczowski, Jan Kott, Ryszard Matuszewski (1929 r.)
© Fot. Archiwum Ryszarda Matuszewskiego

*   *   *

Było nas pięciu bardzo zżytych ze sobą przyjaciół z ławy szkolnej w Gimnazjum im. A. Mickiewicza na Sewerynówku. Po śmierci Jana Kotta żyje jeszcze tylko dwóch: Ryszard Matuszewski i ja. Z odejściem każdego następnego ci pozostali odczuwają rosnące poczucie osamotnienia i pustki. Nic nie zastąpi tej bliskości, jaką daje więź pokoleniowa.

Przyjaźń szkolna kończy się zazwyczaj w chwili, gdy opuszczamy naszą "budę" i rozchodzimy się na wszystkie strony. Po latach spotykamy się na sentymentalnych koleżeńskich zjazdach, by razem powspominać i powzdychać. Moja szkolna przyjaźń z Janem Kottem przetrwała wszystkie możliwe podziały, różnice i lata rozłąki. Były takie czasy, kiedy dzieliła nas przepaść, zdawałoby się, nie do przebycia.

Co właściwie złączyło na całe życie tę Piątkę od Mickiewicza? Trzech spośród nas: Janek Kwiatkowski, Jerzy Lenczowski i ja, wychowywało się w rodzinach o tradycjach katolickich i konserwatywnych. Rodzice Matuszewskiego byli radykałami, zbliżonymi do PPS. Rodzice Kotta wywodzili się z zasymilowanej inteligencji żydowskiej. Przywędrowali do Warszawy z Bielska, gdzie ojciec Janka handlował tekstyliami. Toczyliśmy między sobą nieustanne spory światopoglądowe, poczynając od metafizyki a kończąc na polityce i literaturze. Zacięcie kłóciliśmy się o Sienkiewicza i Żeromskiego. Dla mnie bożyszczem był Sienkiewicz, Kott i Matuszewski byli wielbicielami Żeromskiego, autora „Quo vadis” nie lubili.

Rzecz zastanawiająca, że te zażarte dyskusje, które toczyliśmy przez cztery szkolne lata, nie tylko nie zamieniały się w kłótnie, ale coraz bardziej zbliżały nas do siebie. Schodziliśmy się w naszych domach rodzinnych: u Ryśka na Złotej, u Jurka na Kolonii Lubeckiego, u mnie na Wilczej albo u Kotta na Senatorskiej. Pamiętam, że z okien jego mieszkania na piątym piętrze widać było dachy Starówki, a ponad nimi wieże Świętojańskiej Katedry, dziś już nie istniejące.

Pomimo wszystkich różnic łączyło nas wyniesione z domów rodzinnych poszanowanie dla ludzi o odmiennych przekonaniach. Byliśmy wolni od jakichkolwiek uprzedzeń. Janek imponował błyskotliwą inteligencją, niepospolitą żywością umysłu. Był fenomenalnie zdolny. Nauka przychodziła mu bez najmniejszego wysiłku. Janek i Ryś mieli duże uzdolnienia literackie. Klecili także wiersze.

Nasze życiowe drogi rozeszły się tak daleko, że już w latach okupacji i podziemia byliśmy na przeciwnych biegunach. Jeszcze przed wojną Kott znalazł się w trudnościach, gdy policja odkryła jego powiązania z nielegalną KPP. Uratowała go wówczas interwencja ojca Janka Kwiatkowskiego, ówczesnego wicepremiera w rządzie Składkowskiego. W czasie wojny Kott i Matuszewski związali się dość wcześnie z PPR, co w środowisku AK uchodziło za zdradę.

Z Kottem zetknąłem się w czasie okupacji raz jeden w okolicznościach, które wywarły na mnie wstrząsające wrażenie. W Józefowie pod Warszawą odwiedziłem mego przyjaciela ze studiów w Poznaniu, Leona Całkę. "Wiesz - powiedział Leon - kto tu się ukrywa o piętro nad nami: Jan Kott z żoną". Uradowany popędziłem na górę, pukam do drzwi - cisza. Pukam mocniej i słyszę za drzwiami jakieś poruszenia. Dobijam się jeszcze mocniej i krzyczę: Janek, otwieraj, to ja, Zdzisław.

W końcu drzwi się otwierają. Ukazuje się Kott blady jak ściana.

- Skąd się dowiedziałeś, że my się tu ukrywamy?- Od sąsiada.- No, to koniec - trzeba znowu szukać innego miejsca.- Ale skąd, ja znam Leona Całkę od lat, nic ci nie grozi.

Kott potrząsa głową.

- Trzeba znowu zmienić mieszkanie.

Pytam, czy mogę mu w czymś pomóc. Jakby nie słyszał.

- Janek, czy ty i mnie nie ufasz?- Ufam, nie ufam - to nie ma nic do rzeczy. Mamy papiery na inne nazwiska. Nikt nie ma prawa wiedzieć.

Po raz pierwszy w tak bezpośredni sposób zetknąłem się i zrozumiałem ludzi gonionych jak zwierzyna. Sam często byłem w niebezpiecznych sytuacjach, ale to zupełnie co innego niż być ukrywającym się skazańcem, który ma na obliczu wypisane, kim jest.

Po latach Kott opisał to spotkanie w angielskiej recenzji Kuriera z Warszawy, ogłoszonej na pierwszej stronie przeglądu książek "New York Timesa". Bardzo pochlebna recenzja przyczyniła się niemało do powodzenia angielskiego wydania „Kuriera”.

Ludzie pamiętający lata stalinowskiego socrealizmu nie mogą darować Kottowi jego ówczesnej roli. Może to było kumoterstwo, ale nie zdobyłem się wtedy na to, by szkolnego przyjaciela rzucić na pożarcie naszym radiowym satyrykom - Marianowi Hemarowi albo Wiktorowi Trościance. Z pewnością zrobiliby go na szaro. Nie pożałowałem tego, gdy przyszła odwilż. Jednym z tych, którzy znaleźli się w awangardzie łamaczy lodów, był Jan Kott. Jego niezwykle odważne wystąpienia na zjazdach i zebraniach literatów, wiecach studenckich, artykuły, które przedostawały się przez cenzurę do prasy, powracały na falach Wolnej Europy do Polski.

Dla Kotta te echa powracające z Monachium były sygnałem, na który na swój sposób zareagował. Oto pewnego pięknego dnia dzwoni telefon. Janek nie potrzebuje się przedstawiać. Poznaję go z miejsca po charakterystycznym dyszkancie. Bez żadnych wstępów mówi: "Jestem w Genewie. Jeśli chcesz, przyjeżdżaj. Pogadamy".

Od tego czasu spotkania i wielogodzinne rozmowy powtarzały się, ilekroć Kottowi samemu albo z żoną Lidką udało się zdobyć paszport i wyskoczyć z Polski na Zachód. Rozmowy te okazały się niezwykle pomocne. Dostarczały ówczesnemu dyrektorowi Rozgłośni Polskiej RWE błyskotliwych naświetleń sytuacji i wydarzeń w kraju, ocen ludzi i nastrojów, zwłaszcza w środowisku intelektualnej elity, a także cennych rad i rzeczowych krytyk naszych programów. Gdy czasem trudno mi było wyrwać się z Radia, Kott przyjeżdżał do Monachium, czyli prosto w paszczę lwa. "Ukrywałem" go w mieszkaniu naszego kapelana, ks. Tadeusza Kirschke, który był wypróbowanym konspiratorem. Kiedy indziej spotkaliśmy się w pokoju hotelowym w Paryżu, w pobliżu Tuileries. Kott nagle przerwał swoje wywody w połowie zdania i wskazując na małą walizeczkę, zapytał ostro:

- Co tam jest? Mikrofon? Nagrywasz mnie?

Otworzyłem pudełko bez słowa. W środku był aparat fotograficzny. Janek zawstydził się mocno.

Kott nie miał talentu do języków. Mówił biegle tylko po francusku. Po angielsku ani słowa. I oto krytyk literacki, który nie czytał Szekspira w angielskim oryginale, zdobywa światowy rozgłos swoim esejem „Szekspir współczesny”. Znając jego późniejszą angielszczyznę, po dziś dzień pojąć nie mogę, jak mógł wykładać na czołowych uniwersytetach: Yale, Berkeley, a na końcu w Stony Brook, gdzie osiadł na stałe. We wczesnych latach sześćdziesiątych, kiedy senator Fulbright zabiegał o zlikwidowanie Wolnej Europy, Jan Kott ratował nas, wysyłając listy do senatorów. Podkreślał w nich wpływ naszego Radia na sytuację w Polsce. Ponieważ uchodził za typowego przedstawiciela liberalnej lewicy, więc te listy wywierały duże wrażenie.

Byliśmy już obaj na emeryturze, gdy odwiedziłem ich oboje w Santa Monica nad Pacyfikiem. Widzieliśmy się wtedy po raz ostatni, ale do końca byliśmy w kontakcie telefonicznym. Gdy od wspólnego przyjaciela, Ryszarda Matuszewskiego, dowiedziałem się, że z Jankiem jest już bardzo źle, próbowałem do niego zadzwonić. Odpowiedziano mi, że jest zbyt słaby, nie może odebrać telefonu. W kilka dni później już nie żył. Odszedł jeden z tych nielicznych pozostałych przyjaciół, z którymi można było godzinami wspominać wielki dramat wspólnie przeżytych 75 lat przyjaźni, od szczenięcych lat szkolnych aż po bardzo późną starość.

JAN NOWAK-JEZIORAŃSKI

19:13, ryszardmatuszewski , VARIA
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 maja 2010
Ryszard Matuszewski o Wiktorze Szyryńskim (1913-2007)


W dniu 22 września [2007 r.] zmarł w Ottawie (Kanada) wybitny psychiatra i neurochirurg, dr Wiktor Szyryński.

.

Był ostatnim z grona moich najbliższych przyjaciół, z którymi połączyły mnie już szkolne lala w warszawskim gimnazjum im. Adama Mickiewicza, podobnie jak późniejszym wybitnym pisarzem i krytykiem Janem Kottem, Zdzisławem Jeziorańskim, który przeszedł do historii jako „Jan Nowak”, „legendarny kurier z Warszawy”, czy z Jerzym Lenczowskim, późniejszym profesorem uniwersytetu w Berkeley, znawcą problemów Bliskiego Wschodu i wielkiego przemysłu naftowego. Całe to nasze grono – myśląc o nim trudno też pominąć niedawno zmarłego w USA dr Eugeniusza Łazowskiego (Sławka) - łączyła również silna emocjonalna więź, jaką stanowiło dla nas wszystkich harcerstwo, a ściślej rzecz ujmując - nasza wspaniała :i. Warszawska Drużyna Harcerska im. ks. Józefa Poniatowskiego. Przy czym jedno od razu zastrzec należy: o ile my wszyscy traktowaliśmy nasz udział w harcerstwie przede wszystkim jako odpowiadającą naszemu ówczesnemu wiekowi pyszną zabawę we własnym gronie, o tyle Wiktor od początku pojmował swoje w nim uczestnictwo jako bardzo serio pojęte społeczne działanie.

Nie spotkałem ani wówczas, w młodości, ani później człowieka, który by równie wyraziście uosabiał dla mnie ideał żarliwego społecznika na miarę bohaterów Żeromskiego, jak to miało miejsce z Wiktorem. Na wszystkich obozach 3. WDH, w których w latach 1928-1933 uczestniczyliśmy, kierował i opiekował się gronem chłopców nie z naszej szkoły, ale grupą harcerzy z rodzin eksmitowanych z czynszowych kamienic i zamieszkujących w Polsce lat międzywojennych baraki dla bezdomnych w okolicy Dworca Gdańskiego. Komitet rodzicielski naszej drużyny pokrywał corocznie koszty pobytu kilkunastu takich chłopców z baraków na naszych harcerskich obozach. A Wiktor rokrocznie kierował ich zastępem. Oddanie Wiktora tej misji społecznej było czymś wręcz imponującym, tym bardziej że robił to bez ostentacji, traktując tę ofiarną w gruncie rzeczy pracę jako coś całkiem naturalnego, przy czym mam wrażenie, że nie wszyscy moi rówieśnicy umieli ten jego trud należycie docenić.

Myślę, że i wybór studiów medycznych przez Wiktora leżał potroszę na linii pojmowania przezeń życia jako służby społecznej. Chciałbym bowiem zaznaczyć, że zbliżyły nas do siebie pod koniec naszych lat szkolnych zupełnie inne, wspólne nam pasje. Myślę tu o młodzieńczych próbach i ambicjach literackich, które nie tylko Jankowi Koltowi i mnie, ale również i Wiktorowi nie były obce. Toteż, kiedy na krótko przed naszą maturą powstało w grudniu 1931 r., pod wysokim protektoratem ówczesnego prezydenta Rzeczypospolitej, prof. Ignacego Mościckiego, czasopismo redagowane przez wybrany zespól uczniów szkól średnich i obliczone na to, by zaangażować młodzież, jak się zwykło wówczas mówić, „w duchu służby dla państwa”, to w skład pierwszego zespołu redakcyjnego owej „Kuźni Młodych" weszliśmy z naszego gimnazjum Mickiewicza my dwaj: Wiktor i ja. Trwało to krótko, bo jako świeżo upieczeni studenci szybko musieliśmy się z „Kuźnią Młodych” pożegnać, ale żywe wspomnienia owego epizodu obaj zachowaliśmy.

Ukończywszy medycynę na Uniwersytecie Warszawskim na rok przed wybuchem II wojny światowej, Wiktor pracę zawodową rozpoczął w Wilnie. Tam został w 1940 r. aresztowany przez NKWD, przeszedł przez sowieckie więzienia i łagry, a w 1942 r. ocaliło go wstąpienie do armii gen. Andersa, z którą opuścił sowiecką Rosję, by po wojnie wylądować w Kanadzie.

Był przez długie lata profesorem uniwersytetu w Ottawie, prowadząc niezależnie od tego praktykę lekarską w zakresie swych specjalności: psychiatrii, psychologii klinicznej i neurologii. Już w latach 60. nawiązał kontakt z Polską, parokrotnie ją odwiedził, a co więcej -jedną z córek przysłał na studia do Polski, co w konsekwencji sprawiło, że Barbara Szyryńska w Polsce znalazła sobie męża, który - po ukończeniu Akademii Górniczej w Krakowie - pojechał z nią do Kanady, by tam podjąć pracę w swoim fachu. Pamiętam, że pierwszy przyjazd Wiktora do Polski byt dla mnie niespodzianką głównie przez to, iż kiedy zaczęliśmy rozmawiać, doznałem nieco niesamowitego poczucia jakiegoś błyskawicznego przełamania bariery czasu: 30 lat odmiennych przeżyć i doświadczeń jakby w ogóle nigdy między nami nie istniało! Toteż, kiedy w 1979 r. ja z kolei znalazłem się w Ottawie, istotny sens memu tam pobytowi nadały przede wszystkim chwile spędzone z Wiktorem, choć to nie on był tym, kto mnie i mojej żonie zaproszenie do Kanady załatwił. To gościnny dom Wiktora, z którego - obok jego uroczej żony Jadwigi - zapamiętałem szczególnie serię obrazów Józefa Czapskiego, był miejscem, w którym - wspólnie z Wiktorem - powydzwanialem zamieszkałych wówczas w USA naszych przyj aciół Mickiewiczaków - Nowaka-Jeziorańskiego, Kolta, Lenczowskicgo i Łazowskiego - i ułożyłem dla siebie i mej żony trasę mego pierwszego w życiu objazdu USA. Zabrał mnie też Wiktor do swej odległej o 200 km od Ottawy farmy mieszczącej się w okolicy której dawni osadnicy z Polski nadali nazwę Kaszuby. Pamiętam pierwszy spacer z Wiktorem do domku jednego z jego sąsiadów. Pierwsze słowa Wiktora do niego skierowane brzmiały: „Czuwaj, druhu!". Obaj „druhowie" byli dobrze po sześćdziesiątce, ale przetrwało w nich coś z 17-latków spotykających się na obozie harcerskim.

Ostatni raz przyjechał Wiktor do Warszawy w 1992 r. Zaprosiłem z tej okazji kilkunastu pozostałych przy życiu naszych kolegów, m.in. wojennego naczelnika Szarych Szeregów Stasia Orszę-Broniewskiego, Janka Rosmana, Janusza Boguckiego. Niestety, kiedy w 1997 r. wysyłaliśmy Mickiewiczakom zaproszenia na uroczystości stulecia naszej szkoły, stan zdrowia nie pozwolił już Wiktorowi na przyjazd do Polski. Do dziś jednak wzrusza mnie myśl o tym, ile w swoim czasie włożył wysiłku w to, by pomóc swoim dzieciom zachować więź z polskością.

                                                                                    RYSZARD MATUSZEWSKI

Tekst został opublikowany 8 listopada 2007 r. w „Gazecie Wyborczej” – „Stołecznej”, w dziale „Pożegnania” (mk)

11:24, ryszardmatuszewski , VARIA
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 maja 2010
"Zaraz po wojnie" - korespondencja z Czesławem Miłoszem (1998)

W 1998 r. ukazała się książka pt. „Zaraz po wojnie” - korespondencja Czesława Miłosza z pisarzami z lat 1946-1950. Pośród listów do i od Jerzego Andrzejewskiego, Kazimierza Wyki, Jarosława Iwaszkiewicza, Ireny i Tadeusza Krońskich, Jerzego Putramenta, Pawła Hertza, Zofii i Tadeusza Brezów, Karola Kuryluka, czy Tadeusza Różewicza, znalazły się także listy Ryszarda Matuszewskiego z okresu od stycznia 1948 r. do kwietnia 1949 r., uzupełnione charakterystyką Matuszewskiego pióra Miłosza. Książkę wznowiono w 2007 r. w serii „Dzieł wybranych” Czesława Miłosza.

.

.

.

 .

Ryszard Matuszewski z Czesławem Miłoszem w Krakowie (2002 r.)
© Fot. Carol Miłosz / Archiwum Ryszarda Matuszewskiego

Zobacz także:

* Ryszard Matuszewski o Czesławie Miłoszu

01:55, ryszardmatuszewski , VARIA
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 02 maja 2010
Przyjaźń z Adolfem Sowińskim (1914-1963)


Dwie książki z archiwum po Adolfie Sowińskim (2 I 1914 – 3 XII 1963) – poecie i tłumaczu literatury pięknej z jęz. francuskiego i niemieckiego, zaprzyjaźnionym z Ryszardem Matuszewskim od lat 30. XX w., od czasu międzyszkolnego pisma „Kuźnia Młodych” i Klubu Artystycznego „S”. Po II wojnie światowej publikował m.in. w pismach „Kuźnica” i „Nowa Kultura”. W latach 1956-1958 pracował jako sekretarz i kierownik Wydziału Prasowo-Kulturalnego Ambasady Polskiej w Wiedniu, za czasów Karola Kuryluka. Jego postać opisuje Matuszewski m.in. w książce pt. „Alfabet. Wybór z pamięci 90-latka” (Iskry 2004, str. 418-421).  (mk)

 

*   *   *

"…Zwrócił moją uwagę opowiadaniem nagrodzonym w „Kuźni Młodych” w roku 1932 i już wtedy nawiązałem z nim korespondencyjny kontakt. Po ukończeniu w roku następnym gimnazjum w rodzinnych Kielcach przyjechał do Warszawy, zapisując się na filologię klasyczną. Jako przedmiot poboczny wybrał germanistykę. Szybko zaprzyjaźniliśmy się. Imponował mi dobrą znajomością nie tylko łaciny ale i greki. Również jego gruntowna znajomość literatury niemieckiej budziła mój podziw. Pierwszy zwrócił mi uwagę na poezję Rilkego i Stefana Georgego. Przede wszystkim jednak urzekały mnie jego własne znakomite wiersze: ich spokojny rytm, ich dostojne i uroczyste brzmienie, erudycyjne obrazowanie, często oparte na motywach biblijnych i antycznych, ale także mówiące o rozmiłowaniu w rodzimym pejzażu Gór Świętokrzyskich…"

[fragment tekstu]

RYSZARD MATUSZEWSKI

© Fot. Archiwum Mariusza Kubika 

20:26, ryszardmatuszewski , VARIA
Link Dodaj komentarz »
piątek, 30 kwietnia 2010
Komentarz do pierwszej antologii poezji (wyd. 1955), ułożonej z Sewerynem Pollakiem (2007)

 

„Poezja Polski Ludowej” /antologia/ opr. Ryszard Matuszewski i Seweryn Polak. Wyd. ”Czytelnik”, Warszawa 1955.

 

Z Sewerynem Pollakiem opracowaliśmy dwie antologie. O ile druga pt. ”Poezja polska 1914-1939” /I wyd., Czytelnik, 1962/ była bezsprzecznym sukcesem, miała trzy wydania /1962, 1966 i 1984/, o tyle pierwszą, opracowana przez nas w r. 1954 „Poezję Polski Ludowej’ /Warszawa, Czytelnik 1955/, już wkrótce po jej wydaniu uznaliśmy z Sewerynem za pozycję raczej wstydliwą. Układaliśmy ją w momencie, kiedy znaczna część polskich poetów żyła jeszcze wiarą, że buduje w Polsce ”prawdziwy socjalizm”, a jeśli nawet odnosiła się krytycznie do praktyk systemu stalinowskiego w ZSRR, to nie pozwalały nam tego wyrazić warunki cenzuralne. W rezultacie jest to antologia, w której obraz ówczesnej poezji polskiej /lata 1939-1954/ ukazany jest jako entuzjastyczna aprobata systemu komunistycznego: aprobata, którą wyrażają zarówno prezentowani poeci, jak autorzy antologii. Dodajmy, że tytuł antologii jest mylący. Nasza decyzja, by do antologii włączyć również wiersze pisane w latach II wojny światowej, w okresie 1939-1944, a wśród nich nawet wiersze poetów, którzy końca II wojny światowej nie dożyli, jak np. Zuzanna Ginczanka, Krzysztof Kamil Baczyński, Tadeusz Gajcy czy Tadeusz Hollender – każe niewątpliwie uznać tytuł, którym antologię opatrzyliśmy, za niezgodny z jej zawartością. O ile przy tym układając w kilka lat później naszą drugą antologię, prezentującą poezję polską lat międzywojennych, włożyliśmy wiele autorskich ambicji w przezwyciężenie podziału poezji polskiej na aprobowaną krajową i odrzucaną emigracyjną, i wysiłek ten uwieńczony został pełnym sukcesem: nawet międzywojennego Miłosza cenzura puściła, choć aktualny był w owych czasach na cenzuralnym indeksie, o tyle w naszej pierwszej antologii o mylącym tytule „Antologia Polski Ludowej” poezja polska na emigracji w ogóle nie jest uwzględniona. Zwraca w niej natomiast uwagę wyraźna tendencja do wydobycia – obok czołowych poetów z „polskiego Państwa” ówczesnego – również np. twórców regionalnych z Warmii i Mazur jak Michał Lengowski, Maria Zientara-Malewska, Teofil Ruczyński czy Alojzy Śliwa, co w rezultacie, przy układzie chronologicznym wg dat urodzin, daje zaskakujące efekty bezpośredniego sąsiedztwa na kartach książki poetów najwybitniejszych jak Leopold Staff, Kazimiera Iłłakowiczówna, Julian Tuwim czy Jarosław Iwaszkiewicz – z owymi zasłużonymi działaczami na rzecz polskości Mazur i Warmii, lecz artystami raczej skromnej rangi. Dodajmy do tego fakt, że kiedy dziś, po latach, znajdujemy w tej antologii pierwsze utwory Wisławy Szymborskiej czy Wiktora Woroszylskiego wraz z ich ówczesną tonacją wiary w komizm, to rezultat jest taki, że już w kilka lat po ukazaniu się, antologia ta dawała zdezaktualizowany wizerunek twórczości tych poetów.

Z tym wszystkim dziś, w r. 2007, skłonny byłbym traktować to nasze zamierzchłe przedsięwzięcie łagodniej niż jeszcze kilka lat temu. Dochodzące, bowiem dziś do głosu w Polsce przejawy nawrotu i ponownego rozpleniania się [przejawów prawicowego obskurantyzmu, czy – inaczej mówiąc – „polskiego Ciemnogrodu” /przykład działalności Romana Giertycha jako ministra edukacji oraz stosunku do arcydzieł światowej i polskiej literatury, któremu dał wyraz w zadekretowanych propozycjach ich usunięcia z listy lektur szkolnych/ - każe mi dziś pobłażliwiej oceniać niewątpliwe „grzechy” polskiej lewicy w minionym okresie. Dziś, w okresie prymatu dawanego polskich prawicy, często nie mniej myślowo ograniczonej niż skrajna komunistyczna lewica/ - trudno nie przypomnieć, że np. w okresie międzywojennym sympatie skrajnie lewicowe i nawet niekiedy przynależność do KPP była symptomem odwagi i bezkompromisowej uczciwości intencji, z tym, że później, gdy załganie komunistycznej ideologii w ZSRR do świadomości tych dawnych, uczciwych komunistów polskich zaczęło stopniowo docierać, wyciągali oni z tego konsekwencje, występując z partii i zmieniając całkowicie swą orientację /typowy przykład – Władysław Bieńkowski./

Wniosek ogólny dziś: ułożona przez nas z Sewerynem Polakiem antologia pod mylącym tytułem „Poezja Polski Ludowej” jest w jakimś sensie ciekawym dokumentem historycznym i świadectwem postaw autorów antologii oraz polskich poetów w okresie jej powstania/rok 1954/.

RYSZARD MATUSZEWSKI

Warszawa, 9 czerwca 2007 r.

14:32, ryszardmatuszewski , VARIA
Link Dodaj komentarz »