| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          



© Archiwum Ryszarda Matuszewskiego
Warszawa 2009-2017
http://ryszardmatuszewski.blox.pl
All rights reserved



statystyka


sobota, 08 maja 2010
"S" (1933)

 

 

„S” (tom wierszy; Autorzy: Jan Kott, Ryszard Matuszewski, Włodzimierz Pietrzak), Wydawnictwo F. Hoesick, Warszawa 1933 („Biblioteka Klubu Artystycznego »S«”; wiersze Ryszarda Matuszewskiego na stronach 29-46).

.

*   *   *

[Fragment z książki pt. „Chmury na pogodnym niebie”, Vipart 1998, str. 38-40:]

Nasz start poetycki

Ten wspólny tomik, złożony z wierszy pisanych przez trzech studentów pierwszego roku prawa, wydała nam firma F. Hoesicka, znana z tego, że wydawała wiersze każdemu autorowi, który opłacił koszty druku i papieru. Koszt publikacji zbiorku wyniósł 300 złotych, czyli tyle co przeciętna miesięczna gaża urzędnicza czy też ówczesna pensja nauczycielska mojej matki. Skąd wzięliśmy na to pieniądze? Sto kilkadziesiąt złotych dostaliśmy od Adama Skwarczyńskiego, patrona „Kuźni Młodych”. Jak zdobyliśmy resztę - nie pamiętam. W Roczniku Literackim 1934 (tomik wyszedł właściwie w grudniu 1933) Karol Wiktor Zawodziński, odnotowując książkę, napisał: „Gdy poeci się zrzeszają dla wydania zbiorowego tomiku, jak to zrobili Jan Kott, Ryszard Matuszewski i Włodzimierz Pietrzak z Klubu Art. „S”, trudno wyróżnić właściwe każdemu oblicze. W łatwości bezkształtnego wypowiedzenia się nie dochodzą do krystalizacji indywidualności, nie dają miary swego największego wysiłku: zamiast wyścigu energii poetyckiej, idą kupą jak konie bez ambicji na przechadzce...”

Metafora jakże zabawnie znamienna dla krytyka-kawalerzysty! Kiedy dziś czytam tę ocenę naszych pierwszych prób poetyckich mieliśmy wtedy z Jankiem po 19 lat, a Włodek 20, rozumiem dlaczego Zawodzińskiemu jako czcicielowi „Skamandra” najmniej podobał się Pietrzak, u Kotta raziły go „banalne akcenty społeczne", a w moim „bezkształtnym impresjonizmie" nadzieję budził naiwny wierszyk „Wyznanie", a w nim zaś zwrot (też przecież banalny): „odszukam się w Polsce zielonej”.

„Pan jest poetą”

A jednak była to pierwsza nasza literacka wizytówka i - mając ją -mogliśmy nachodzić uznanych poetów i oczekiwać, że zostaniemy przyjęci i wysłuchani. To też natychmiast zdecydowaliśmy się z Jankiem złożyć wizytę Tuwimowi. Wypadła - zwłaszcza dla mnie - oszałamiająco. Mogła mi całkiem przewrócić w głowie. Poeta szybko przerzucił kilkanaście wierszy Janka i moich, a zatrzymawszy się nad wierszem, z którego wyłuskał zdanie: „Niech przyjdzie rosa na mojej łące płakać najsiwiej!” zawołał z radosną emfazą:

- Pan jest poetą!

Poczułem się oczywiście bardzo szczęśliwy, ale po pewnym czasie przyszło zażenowanie. Przytłoczyła mnie świadomość odpowiedzialności, jaką ten komplement mnie obciążył. Owszem, sprawiało mi przyjemność pisanie wierszy: to pokonywanie oporu materii słowa. Ale coraz częściej uświadamiałem sobie, że to nie żaden wewnętrzny mus i napór skłania mnie do pisania. Że to raczej jakaś chęć utrwalenia - owszem - chwil budzących wzruszenie, ale zarazem i ambicja, żeby pokazać wiersz przyjaciołom, żeby udowodnić sobie, że potrafię. A więc czy bym pisał, gdyby nie oni? I czy w takim razie jestem rzeczywiście prawdziwym poetą?

Jankowi Tuwim też powiedział coś miłego, w ogóle był dla nas niezwykle serdeczny. Pochwaliliśmy się naturalnie, że naszą wspólną sympatią była jego śliczna siostrzenica, Hanka. To wtedy właśnie nie tylko potwierdził nasze wyrazy zachwytu dla niej, ale i sam uniósł się zachwytem, wołając z egzaltacją: - To nie Żydówka, to cyganka! W czym była jakaś poetycka prawda, bo w Hance było coś cygańskiego. Tu warto odnotować, że ona także lubiła cieszyć się swoim wujem - wielkim poetą i przypominać, że kiedy była ledwie odrosłym od ziemi skrzacikiem, Tuwim zaimprowizował o niej dziecięcy wierszyk, który lubiła recytować:

Haniu, Haniu, Haneczko

Czy smakuje ci mleczko?

Czy smakuje bułeczka?

Hania, Hania, Haneczka...

Oczywiście zapraszaliśmy poetę, by nas odwiedził w naszym Klubie „S”, ale nigdy do nas nie przyszedł, podobnie jak żaden inny ze „Skamandrytów”, choć Kazimierz Wierzyński odniósł się do mnie nie tylko z równie miłą jak Tuwim serdecznością, ale wręcz roztoczył nade mną swoistą opiekę, drukując mi wiersze na redagowanej przez siebie kolumnie „Gazety Polskiej”. Ale to było dopiero w dwa lata później, kiedy nasz Klub już się zaczął rozsypywać, a poza tym, za sprawą moich przyjaciół, posterował w nieco innym kierunku, bynajmniej nie „postskamandryckim”.

Już wtedy natomiast, zaraz po wydaniu naszego tomiku, usiłowaliśmy z Jankiem zawrzeć znajomość z innym naszym idolem z łamów „Wiadomości Literackich” - Antonim Słonimskim. To się nam jednak nie bardzo udało, bo nie znaliśmy zwyczajów autora „Kronik Tygodniowych” i nie wiedzieliśmy o zasadzie, którą przyjął w swych stosunkach z tzw. „młodzieżą literacką”. Jeszcze później, po latach, kiedy go już dobrze znałem, zwykł był mawiać (a bodajże i kiedyś w którejś ze swych „Kronik” to napisał), że nie lubi dzieci i nie warto mu z nimi rozmawiać, bo nigdy nie wiadomo, czy nie wyrosną z nich bardzo nieciekawe stare bęcwały. A jeśli się tak nie stanie - dodawał - to zawsze będzie czas, by znajomość z nimi zawrzeć. Z czasów przyjaźni mojej z Antonim wiem, że nie była to zupełna prawda. Bywało, że Antoni, już w swoim późnym wieku, umiał doskonale bawić się znajomością z dziećmi swoich przyjaciół. Z Mikołajem, inteligentnym i bystrym synkiem mojej drugiej żony Ireny, potrafił toczyć przezabawne rozmowy przez telefon, ale to już o wiele późniejsza historia. W czasie, o którym piszę, zamysł mego przedsiębiorczego przyjaciela, by odwiedzić Słonimskiego w jego mieszkaniu przy Mazowieckiej, spalił całkowicie na panewce. W ogóle nie potrafię sobie uświadomić, jak Janek to sobie wyobrażał. Być może uważał, że można zrobić najście na poważnego pisarza nie uprzedziwszy go o tym, bo na pewno nie umówiliśmy się ze Słonimskim na spotkanie, skoro pamiętam tylko scenę, kiedy dochodzimy do drzwi jego mieszkania i w tym momencie on z nich wychodzi. Janek usiłuje coś mu powiedzieć o naszej chęci porozmawiania z nim, ale poeta grzecznie i zarazem stanowczo odmawia. Zdaje się, że Janek nie bardzo się przejął, ale ja wyciągnąłem z tej nieudanej wizyty pewne wnioski. Nie dałem się już później wciągać w zamysły nachodzenia wybitnych pisarzy. Nie ulega bowiem wątpliwości, że z racji zasad, jakie usiłowała we mnie wszczepić moja matka, byłem znacznie bardziej wyczulony na to, co „wypada”, a czego „nie wypada”.

.

RYSZARD MATUSZEWSKI

17:06, ryszardmatuszewski , 1933 - KSIĄŻKA: S
Link Dodaj komentarz »